Odpust ku czci św. Michała Archanioła

Któż jak Bóg?

Dziś przeżywacie parafialny odpust. Pochodzenie słowa jest greckie. Pojęcie „para-phyo” oznacza rosnąć obok czegoś, natomiast „para-oikos” oznacza sąsiada. Odpust to dar Bożego miłosierdzia, darowanie nam kar, odnowienie w nas gotowości do zbawienia.
Dzisiejsza odpustowa uroczystość w Orzegowie może mieć co najmniej kilka tematów rozważań: można zatrzymać się nad samą istotą odpustu parafialnego jako święta wspólnoty Kościoła. Można przyjrzeć się postaci patrona – św. Michała Archanioła. Można wejść w przeżywaną przez Waszą parafię czas przygotowania do jubileuszu 100-lecia, podczas którego odkrywacie prawdę o kolejnych sakramentach. Mając takie bogactwo możliwości nie mogłem nie skorzystać ze wszystkich, bo wszystkie one ukazują nam prawdę o tym, że nie ma nikogo ponad Boga, że – nawiązując do imienia Waszego patrona – Któż jak Bóg.
Pierwszy wymiar Bożej wyjątkowości został nam ukazany w proroctwie Daniela, w pierwszym czytaniu, choć i ta wspaniałość jest Bożym przymiotem. I tutaj śmiało można postawić to pytanie: Któż jak Bóg? Kto jest tak potężny, kto jest tak wspaniały? Kto potrafi z tak wielką chwała sprawować sprawiedliwe sądy? W Biblii znajdziemy wiele miejsc, gdzie ta prawda o naszym Bogu jest wychwalana. Psalmista zawoła o tej prawdzie:
Kto jest jak nasz Pan Bóg, *
co ma siedzibę w górze,
co w dół spogląda *
na niebo i ziemię?
Jednak warto pamiętać, że ten obraz Boga pełnego majestatu, zasiadającego na tronie, otoczonego dworem niebieskich istot jest prawdziwy, ale niezupełny. Możliwe jest bowiem, przy ograniczeniu obrazu Boga tylko do takiego wymiaru, uznanie Go za kogoś dalekiego, oderwanego od ludzkich spraw, kierującego się wyłącznie władzą. I wtedy odpowiedź na pytanie Któż jak Bóg? może przybrać formę, która zafałszuje obraz Boga. Niestety, wielu ludzi, wielu chrześcijan taki wykrzywiony obraz Boga w sobie nosi, bo nie doświadczyli niczego poza – umownie mówić – wizją starszego pana z brodą, siedzącego na wysoko postawionym tronie. Tymczasem warto odkrywać pełnię prawdy o Nim, a to jest niemożliwe bez spojrzenia na Jezusa.
Ostatnie zdanie dzisiejszej ewangelii to prawie dokładne nawiązanie do snu, jaki przydarzył się patriarsze Jakubowi w Betel. Miał on wizję drabiny, która łączyła niebo z ziemią, po której wstępowali i zstępowali aniołowie. W Jezusowym zdaniu brak jednego szczegółu – drabiny. W Starym Testamencie była ona niezbędna – była znakiem, zapowiedzią dotyczą Mesjasza. W ewangelii jest zbędna, bo to sam Jezus jest – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – Boża drabiną, lepiej może powiedzieć – pomostem, który łączy ziemię z niebem. Bo On sam – prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek – staje się jedynym Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi.
W Jezusie pytanie Któż jak Bóg? zyskuje nowe rozwinięcia: któż jak Bóg potrafi zostawić przypisaną Mu chwałę i majestat? On, o którym św. Paweł napisze, że
ogołocił samego siebie,
przyjąwszy postać sługi,
stając się podobnym do ludzi.
A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka,
uniżył samego siebie,
stając się posłusznym aż do śmierci –
i to śmierci krzyżowej.
Któż jak Bóg jest zdolny do tego, by władzę, sprawiedliwość poprzedzić bezgranicznym miłosierdziem?
W tym miłosierdziu Bóg nie tylko przychodzi do ludzkości, ale chce spotkać każdego człowieka. Dialogi z dzisiejszej ewangelii ukazują Jezusa jako tego, który zna Natanaela zanim ten do Niego podszedł. Zaskoczenie ucznia: Skąd mnie znasz? prowadzi do wyznania wiary: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!
Pragnienie Boga idzie jednak jeszcze dalej – On nie tylko przychodzi do nas, ale zaprasza nas, byśmy byli z Nim. Słowa powołujące pierwszych uczniów Pójdź za Mną są skierowane także do nas. Każdy z nas powołany jest, więcej – uczestniczy w tym powołaniu od chwili chrztu – do świętości, czyli bycia z Bogiem. Drogi tego powołania są różne, dwie – święcenia i małżeństwo – jako znaki szczególnej łaski Boga są sakramentami.
Wiem, że w tym roku, w ramach Waszych przygotowań do jubileuszu parafii, przyglądać będzie się sakramentowi święceń. On także jest formą pytania Któż jak Bóg? Bo poprzez ten sakrament ludzie – zwykli, grzeszni, zwyczajni – otrzymują dar, by służyć wspólnocie, by głosić Słowo, by sprawować dla wspólnoty sakramenty. Możemy więc zapytać: któż jak nasz Bóg dzieli z człowiekiem swoje dary tak bardzo, że – dosłownie – wkłada siebie samego w ręce człowieka? Któż jak Bóg nie patrzy na słabość człowieka, ale go obdarza łaską, by w Jego imieniu udzielał innym Bożego miłosierdzia?
Drugie czytanie dzisiejszej uroczystości, zaczerpnięte z Apokalipsy, zwraca uwagę na świadectwo uczniów: A oni zwyciężyli dzięki krwi Baranka i dzięki słowu swojego świadectwa i nie umiłowali dusz swych aż do śmierci. To symboliczna wizja dziejów Kościoła, w które i my jesteśmy wpisani. Chciejmy więc uzupełnić nasze rozważanie pytaniami skierowanymi do nas, zaproszonych do naśladowania samego Boga. Zachęca nas do tego choćby hasło wciąż trwającego Jubileuszu Miłosierdzia: Miłosierni jak Ojciec.
On porzucił swoją chwałę i uniżył siebie. Jak wygląda w moim życiu gotowość poświęcenia dla innych?
On zapraszał ludzi, by weszli z Nim w relacje. Jak wygląda moje spotykanie drugiego człowieka, i to nie wcale odległego, ale tego, z którym żyję pod jednym dachem?
On powoływał ludzi, by pełnili Jego misję. Jak wypełniam w codzienności moje życiowe powołanie? Jak uświęcam siebie i innych w codzienności?

Prośmy więc przez przyczynę Waszego Patrona:
Święty Michale, którego samo imię kieruje naszą uwagę na Bożą potęgę i Jego miłosierdzie, daj nam wypełniać nasze życiowe zadania, byśmy – tam gdzie żyjemy – byli świadkami Bożej mocy i miłosierdzia.

wygłoszone 25 września 2016 roku w kościele w Orzegowie

Uroczystość Wniebowzięcia NMP – odpust parafii Blatná

Maryja wzięta do nieba z duszą i ciałem

Wniebowzięcie Maryi to moment, w którym Kościół przesuwa nasze myślenie do przodu, ku przyszłości, i to bardzo radykalnie. W osobie Maryi ukazuje nam rzeczywisty cel, ku któremu dąży nasze życie. Bo kiedy gromadzimy się by przeżywać prawdę o tym, co spotkało Matkę Boża, to stajemy przed koniecznością spojrzenia na to, co czeka i nas.
Ale zacznijmy od Maryi.
Pismo Święte nic nie mówi o tej tajemnicy. Nie wspomina o tym wydarzeniu nawet św. Jan, który wziął Maryję pod opiekę, jako swoją Matkę, już na Golgocie. Ostatnim wydarzeniem biblijnym, w którym spotykamy Maryję, jest Pięćdziesiątnica – zesłanie Ducha Świętego. Obraz niewiasty, obleczonej w słońce i koronę z gwiazd, który słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, to prorocka wizja dotyczą zarówno Maryi, jak i Kościoła. Ten właśnie obraz wnosi przekonanie, że koniec życia ziemskiego Maryi i Jej ostateczne przeznaczenie jest – z puntu widzenia zwyczajnego człowieka – wyjątkowe. Samo objawienie biblijne milczy o tym fakcie. Jest wiara, przekonanie Kościoła od samego początku, że Maryja nie umarła. Chrześcijański Zachód i Wschód różnie nazywają, ale w wymowie zgadzają się w tym, że Maryja już w pełni – czyli z duszą i ciałem – przeżywa zbawienie, wspólnotę w Bogiem.
Skąd to Jej wyróżnienie? Św. Jan z Damaszku – wielki krzewiciel prawdy o wniebowzięciu – pisze: „Wypadało, aby Ta, która wydając na świat Zbawiciela, zachowała nieskalane dziewictwo, także po śmierci pozostała nietknięta skażeniem ciała. Wypadało, aby Ta, która w swym łonie nosiła Stwórcę, jako Dziecię, została przyjęta do Boskich przybytków. (…) Wypadało, aby Matka Boga miała wszystko to, co należy do Jej Syna, aby jako Matka i Służebnica Boga była czczona przez wszystkie stworzenia”. Do mnie bardziej przemawia tekst św. Grzegorza z Nyssy, który pisząc o powodach, dla których Maryja została wzięta do nieba, odpowiada: Bóg nie mógł się doczekać na swoją Oblubienicę, tak bardzo w miłości chciał Ją mieć w swojej chwale, że „nie czekając” na powszechne zmartwychwstanie ciał, wziął Ją – z duszą i ciałem – do nieba. Tęsknota Boga i Jego pragnienie, by człowiek doświadczał w pełni Jego życia – to moment, w którym prawda o wniebowzięciu Maryi zaczyna dotyczyć także nas.
Zastanawiałem się, dlaczego papież Pius XII w roku 1950 zdecydował się ogłosić jako dogmat prawdę o wniebowzięciu Maryi. Prawda ta nie była specjalnie odrzucana, raczej istniało przekonanie o jej słuszności. W kościele tak, ale świat po doświadczeniu II wojny – faszyzmu i nazizmu, wtedy zmagał się wciąż z komunistyczną ideologią, która w tamtym czasie zbierała żniwo także na tych ziemiach. Wydaje mi się, że w ogłoszeniu właśnie wtedy tej prawdy jako dogmatu papież nie tyle mówił o Maryi, ile przypominał światu prawdę o człowieku i jego przeznaczeniu: Maryja została wzięta do nieba z duszą i ciałem, i ta perspektywa to cel każdego człowieka, także każdego z nas.
Wniebowzięcie głosi prawdę o ludzkiej duszy. o tym, że człowiek to nie tylko materia, nie tylko siła robocza, nie tylko członek tej czy innej rasy – a tak widziały człowieka totalitarne systemy. Człowiek to nie tylko element ekonomicznej układanki, nie tylko nabywca, wytwórca, nie tylko ciało, które widać. To osoba, to istota o swojej godności, to istota duchowa, która najpełniej doświadcza radości w relacji do Boga. Dzisiaj każdemu z nas Kościół w tajemnicy wniebowzięcia przypomina o duszy.
Ale wniebowzięcie to także przypomnienie prawdy o ludzkim ciele, o jego wiecznym przeznaczeniu. Ciało – choć w nim dotyka nas rzeczywistość grzechu – nie jest złe, nie jest gorsze. Ono także ma doświadczyć życia wiecznego. Prawda o wniebowzięciu Maryi poucza nas o szacunku do ciała, o konieczności troski o nie. W nim – choć przemienionym, ale tym samym ciele – będziemy przez wieczność doświadczać radości nieba.
Bo wreszcie Wniebowzięcie głosi prawdę o niebie. Prawdę o tym, że doczesność to etap, a nie cel ostateczny. Losem człowieka nie jest kurczowe trzymanie się tego świata, ale takie życie na nim, by to prowadziło go do nieba – czyli życia w Bogu na wieki. Tymczasem życie wielu ludzi wygląda tak, jakby byli nieśmiertelni, jakby gromadzone bogactwo czy zdobywana władza miały trwać bez końca. Bóg ukazuje się zaś jako ten, który „bogatych z niczym odprawił”, który „strącił władców z tronu”. Który – i to najistotniejsze – „dla nas stał się ubogim”.
W roku 1973 został nakręcony polski film o – jakże pasującym do dzisiejszej uroczystości – tytule „Wniebowzięci”: film o dwóch prostych mężczyznach, którzy wygrywają dużą sumę w totka. Wygraną postanawiają przeznaczyć na pierwszą w życiu podróż samolotem. Latają po kraju, podrywają dziewczyny, odwiedzają kolegę z wojska. Pieniądze pozwalają im stać się na moment kimś innym, niż byli na co dzień. Ostatecznie okazuje się, że poszukiwane i kosztowane przyjemności nie dają im oczekiwanego szczęścia.
Dziś Kościół mówi nam byśmy poparzyli w niebo, nie tylko dlatego, że tam jest Maryja, nasza Matka, ale dlatego – może przede wszystkim dlatego – że to również kierunek naszego życia.
Maryja w swoim hymnie wielbi Boga, bo „uczynił Jej wielkie rzeczy (…) i wejrzał na pokorę swojej służebnicy”. Niech On – Ojciec miłosierdzia – wejrzy i na nas, a Maryja Wniebowzięta niech nas wspiera w naszej drodze do Niej, w naszej drodze do nieba.

wygłoszone 21 sierpnia 2016 roku w kościele w Blatnej (Czechy)

II niedziela po Narodzeniu Pańskim

dla naszego zbawienia

Powoli wychodzimy ze bożonarodzeniowo – noworocznego czasu świętowania. Po weekendzie większość z nas wróci do pracy, do szkół, codzienność zacznie dominować. Ale liturgia tej niedzieli – jakby dla utrwalenia  w nas najistotniejszych prawd przeżywanych co dopiero uroczyście – przypomina w czytaniach najważniejsze treści tych Tajemnic.

Pierwszą jest tajemnica Słowa – Bożej Mądrości, ukazanej w pierwszym czytaniu „Przed wiekami, na samym początku mnie stworzył i już nigdy istnieć nie przestanę. W świętym przybytku, w Jego obecności, zaczęłam pełnić służbę” i we fragmencie – dobrze nam znanym -z początku Janowej Ewangelii „ Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Słowo – Mądrość nie jest „czymś”, ale „Kimś” – odwiecznym Synem Bożym, mającym udział w stworzeniu. Dla nas to Słowo – odwieczny Syn Ojca – przyjmuje naturę człowieka, staje się Jezusem. I już na zawsze Syn Boży będzie miał oblicze Jezusa, będzie miał swoją ludzką historię – z narodzinami, zmaganiami, radościami, śmiercią i – to dla nas przyszłość – zmartwychwstaniem. Przyjęcie tej tajemnicy ma dla nas dwie ważne konsekwencje: po pierwsze: Bóg jest rzeczywiście Kimś bliskim, jest jednym z nas. Tę prawdę łatwo przyswajamy w czasie świat Bożego Narodzenia – mówią o niej kolędy, wyraża cała świąteczna atmosfera. I dobrze – przezywać bliskość swojego Boga. Ale nie najmy się zwieść ckliwemu czasami charakterowi tej atmosfery – że Dzieciątko, Żłóbek… Ten Nowonarodzony Jezus jest jednak Bogiem Mocnym, Księciem Pokoju – jak nazywa go prorok Izajasz. Uczmy się przeżywać Betlejemską prawdę taką, jaka ona jest – jako prawdę o Wcieleniu, o przyjściu Boga – Człowieka dla nas na świat. W tej prawdzie chodzi bowiem o coś więcej niż wzruszenie, nawet religijne. Chodzi o coś więcej niż atmosferę. Chodzi o Jego Boga obecność.

Kiedy Jan pisze o Słowie, zwraca uwagę, że „przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi”. Bo Syn Boży przyszedł dla nas, a dokładniej – dla naszego zbawienia, jak wyznamy to za chwilę. A to oznacza, że bez Jego obecności zbawienie staje się niemożliwe. Tylko czy jest w dzisiejszych czasach zapotrzebowanie na zbawienie? Może wystarcza sama atmosfera?

Święty Paweł pisząc do Efezjan „usłyszawszy o waszej wierze w Pana Jezusa i o miłości względem wszystkich świętych, nie zaprzestaję dziękczynienia, wspominając was w moich modlitwach”. Jest wdzięczny, że uczniowie w Efezie rzeczywiście przyjęli prawdę o Jezusie i zbawieniu, które On przynosi. Jak uczy ich historia – musieli oni uwalniać się od pogańskich wpływów, zupełnie zmienić sposób patrzenia na świat, na Boga, na siebie. Oni wysłuchali i zaufali nauczaniu Apostoła, w chrzcie jaki przyjęli, rozpoczęli zupełnie nowe życie. Dla nich to była całkowita odmiana. Ale wynika z tego, że nam powinno być łatwiej – od narodzin jesteśmy w kręgu chrześcijańskiej tradycji. A może powinniśmy bardziej przeżywać prawdę o swoich chrzcie? Rozpoczęty rok jest jubileuszem 1050lecia chrztu Polski. To dobry czas, by uświadamiać sobie, że od momentu chrztu jestem w Bożych rękach, że od tamtej chwili spełniają się na każdym z nas słowa Apostoła: „Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów poprzez Jezusa Chrystusa”. To chrzest rozpoczął Boża obecność w moim i Twoim życiu.

Dalej Apostoł pisze: „Proszę, aby Bóg Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego. Niech da wam światłe oczy serca, byście wiedzieli, czym jest nadzieja, do której On wzywa, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych”. Ta prośba Apostoła powinna być przyjęta także przez nas, mimo że dzieli nas od Efezu zarówno czas, jak i przestrzeń. Poznawać coraz lepiej Jezusa, to wyjść z przeżywania stajenki, a odkryć Jego obecność w swoim życiu, najpełniej w Eucharystii. Mądrość Bożonarodzeniowych kolęd kierują nas w stronę tej prawdy:

I my czekamy na Ciebie, Pana. A skoro przyjdziesz na głos kapłana, Padniemy na twarz przed Tobą Wierząc, żeś jest pod osłoną Chleba i wina.

Trudniej o mocniejszą obecność Boga niż ta, kiedy Ciało Jezusa staje się dla nas pokarmem.

Ale Jego obecność to także słowo, jakie pozostawił – to które możemy czytać, rozważać. Najpiękniejsza jest biblia, która nosi ślady używania, a nie stojąca na półce oprawiony w skórę egzemplarz.

Bycie z Jezusem to wreszcie przyjęcie także Jego obecności w innych, w drugim człowieku, szczególnie potrzebującym. Jubileusz Miłosierdzia, który trwa, powinien nas skłonić do podjęcia i w tej przestrzeni jakiś działań.

Słowo stało się ciałem – Bóg stał się człowiekiem – dla nas. Już to zrobił. On tez – jak przypomina św. Paweł „wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem.”. On już to zrobił! Teraz wszystko zależy od nas.

wygłoszone 3 stycznia 2016 roku w kościele w Paniówkach

XV Niedziela w ciągu roku – rok B

Prostota głoszących

Przed tygodniem – to dla przypomnienia – słuchaliśmy o nieudanym wystąpieniu Jezusa w swoim rodzinnym mieście, w Nazarecie. Odrzucony przez swoich – jak zapisał ewangelista – „dziwił się ich niedowiarstwu”.
Dzisiejsza liturgia słowa ponownie podejmuje temat głoszenia Ewangelii, ale to zadanie Jezus nie podejmuje sam, zleca je Dwunastu. I znowu – po ludzku sadząc – wybór mało trafny. Jednak tajemniczy plan Boga realizują ludzie o skromnych możliwościach. Nie tylko dotyczy to Apostołów, w pierwszym czytaniu ukazany jest Amos: to zwykły ogrodnik, wzięty od swojego zajęcia. Tak samo większość z Dwunastu to na pewno ludzie prości.
Tymczasem logika nakazywałaby ważne zadania polecać się ekspertom, a nie ludziom nieprzygotowanym do jakiegoś przedsięwzięcia. Nie zdziwiłbym się, gdyby królestwo Boga konstruowali na ziemi serafinowie, ale rybacy i pasterze, celnicy i grzesznicy?
Świątynię Hagia Sophia cesarz zlecił wybudować mistrzom Antymiosowi z Tralles i Izydorowi z Miletu. 27 grudnia 537 roku Justynian Wielki, oglądając lśniące mozaiki i ogromne mury Hagii Sophii wykrzyknął: „Salomonie, przewyższyłem ciebie!”. Co by wyszło z tego projektu, gdyby zamiast doskonałych architektów zaprosił do realizacji pastuchów, rybaków albo nierządnice? Należy podejrzewać, że budowanie Kościoła jest o wiele poważniejszym przedsięwzięciem niż budowa Hagii Sophii! Jak to się mogło w ogóle udać, że dwunastu zwykłych i grzesznych ludzi, niebędących ekspertami w żadnej dziedzinie, stworzyło wspólnotę trwającą dwa tysiące lat i liczącą sobie prawie miliard wyznawców?
Poza Pawłem Apostołowie nie byli wyjątkowo ofensywni. Jedynie Jan zdradza w swoich pismach rozeznanie w filozofii i sekretach mistyki. Nie posiadali wymyślnego logo, tylko najprostszy znak z dwóch skrzyżowanych kresek. Nie byli znawcami od strategii wywierania wpływu na ludzi. Pozbawieni wykształcenia w zakresie zarządzania i przewodzenia. Jednak poszli, bo tak im nakazał Mistrz.
Wróćmy na chwilę do Amosa: on nawet nie kryje tego, że nie jest przygotowany do swego zadania. Wie jedno: Pan rzekł do mnie: «Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego». I nie może czynić inaczej. Tu tkwi źródło mocy proroka, apostoła, ucznia, głosiciela – nie działa w swoim imieniu, nie działa własną mocą, nie mówi od siebie. I – w konsekwencji – jeśli nie zostanie przyjęty, nie zostanie wysłuchany, kiedy każą mu się wynieść – jak Amosowi z Betel – to nie on jest tym odrzuconym, ale słowo Boga. Nie jest zadaniem posłanego kombinować nad najlepszą strategią, układać dalekosiężne plany… on ma iść i głosić.
I kiedy dziś patrzymy na – choćby – działalność Apostołów, to wygląda ona na mało obiecującą: Jakub ginie w Jerozolimie zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu misji, pozostali Apostołowie uciekają, a męczeństwo jest udziałem wszystkich – poza Janem – i to w niecałe 40 lat po zmartwychwstaniu Jezusa. Los wspomnianego Jana jest tylko nieco lepszy – umiera naturalnie, ale wygnany na Patmos. Wszyscy jeden po drugim odrzuceni.
A jednak – po dwudziestu wiekach ich słowa – słowa Ewangelii Jezusa Chrystusa – wciąż są głoszone. Bycie chrześcijaninem deklaruje bez mała półtora miliarda ludzi. Na wszystkich kontynentach głosi się słowo Boże i sprawuje sakramenty.
Bóg nie powołuje fachowców od marketingu i strategii propagandowych – On powołuje człowieka, by Mu zaufał. Spytasz: kogo?
W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim mamy odkupienie przez Jego krew, odpuszczenie występków według bogactwa Jego łaski. (…) W Nim dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Tego, który dokonuje wszystkiego zgodnie z zamysłem swej woli, po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu, my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie. W nim także wy usłyszeliście słowo prawdy, Dobrą Nowinę o waszym zbawieniu. W Nim również uwierzyliście i zostaliście naznaczeni pieczęcią Ducha Świętego, który był obiecany.
To o nas – o Tobie, o mnie… Może nie jesteś fachowcem od robienia medialnego zamieszania… Nie jesteś specjalistą od kierowania ludzkimi zespołami.. Jesteś kimś więcej: uczniem Jezusa. On jest gwarantem, że gdy będziesz głosił Jego słowo – tam gdzie jesteś – przyniesie to owoce.

wygłoszone 1 sierpnia 2015 roku w kościele w Paniówkach

Odpust ku czci św. Mikołaja

Święci i nieskalani przed Jego obliczem

Zaraz po Wszystkich Świętych i Dniu Zadusznym następują wielkie zmiany: miejsce zniczy zajmują choinki, z głośników zaczynają się sączyć dźwięki kolęd i pastorałek, a im bliżej 6 grudnia, tym więcej mikołajów, krążących po super i hipermarketach, tym więcej „mikołajowych” maili i reklam… Mikołajowe szaleństwo ogarnia świat i trwa zwykle do Bożego Narodzenia. Mnóstwo mikołajów… i wszyscy oni tak niewiele mają wspólnego z Patronem tego miejsca. Bo to sklepowi, reklamowi, często niepodobni do pierwowzoru mikołaje [Wikipedia, Rada Języka Polskiego]. Ich celem – nie tyle dawać, co namówić, zachęcić, zareklamować. Bo Mikołajom ze sklepów, telewizji i Internetu brakuje przed imieniem ważnego tytułu – święty!

Drodzy Bracia i Siostry!

Gromadzimy się dziś na odpustowej uroczystości nie jednego z wielu mikołajów, ale ku czci tego, który jest świętym Mikołajem. Gromadzimy się w dniu, w którym – taki układ tegorocznego kalendarza – jednocześnie czcimy Maryję – Niepokalaną, wzór świętości. Pozwólcie więc, by te kilka minut poświęcić refleksji nad świętością.

Pierwsze, co należy wiedzieć o świętości, to że jest ona normalnym, zwyczajnym stanem człowieka, bo takimi pragnie nas Bóg. W liście do Efezjan św. Paweł przypomina: „Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich – w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem”. Kiedy jeszcze nie było nas, już wtedy Bóg pragnął naszej świętości. …

Niestety, człowiek – powołany do świętości – wybrał swoją drogę, która go świętości pozbawiła, a przynajmniej ją oddaliła i uczyniła czymś wyjątkowym, zamiast normą. Pierwsze czytanie przypomniało nam, że przez wybór przeciw Bogu człowiek utracił świętość, dając się uwieść złemu, stają w kontrze do Boga i Jego planów. Scena z pierwszych stron Księgi Rodzaju stanowi wzorcowy opis każdego grzechu, bo każdy grzech jest powiedzeniem Bogu i sobie: ja wiem lepiej, co jest dla mnie dobre; ja sam chcę decydować, co jest dobrem, co złem. I takie wybory, takie decyzje człowiek podejmował w historii i podejmuje dziś. Historia uczy nas, że kiedy na miejscu dobra człowiek stawia siebie, swój egoizm, swoje pożądanie – wtedy tragedia grzechu dotyka jego samego, a często sięga jego bliskich, a czasem całych społeczności. A i dziś niemało…

Pomimo ludzkiego „nie” Bóg nie zmienia swoich planów – nadal pragnie byśmy byli „święci i nieskalani przed Jego obliczem”. Daje obietnicę, która wypełnia w swoim Synu. Daje ją na początku dziejów, a dopełnia, gdy nadeszła pełnia czasów. Zło zostaje zdeptane, a pieczęcią zwycięstwa jest zmartwychwstanie. Droga świętości zostaje na nowo otwarta dla każdego człowieka.

Jednak podobnie jak z tragicznym wyborem zła w grzechu, tak i z wejściem na drogę świętości decydującą rolę odgrywa tu wola człowieka. Ukazana nam w dzisiejszą uroczystość ewangeliczna scena Zwiastowania jest jakby lustrzanym odbiciem tamtego dialogu z raju. Wtedy, na skutek decyzji człowieka oddalił się on od Boga. W Nazarecie – decyzja człowieka pozwala Bogu działać. Pięknem w wielkości Boga jest to, że pyta on człowieka: czy zgadzasz się przyjąć moją wolę? W przypadku Maryi – Jej odpowiedź to wejście w Boży plan zbawienia ludzkości w Jego Synu. W raju Pierwsi Rodzice przez swoje „nie” wybrali drogę oddalenia, nieufności wobec Boga i Jego planu dla nich. Maryja przez swoje „tak” przyjmuje zaproszenia do udziału w Bożym dziele.

I ta właśnie alternatywa: dobro czy zło; Bóg i Jego wola czy ja i moja wola, ten wybór to wybór świętości. Czasami przyjmuje on wyraz w publicznych deklaracjach – zwłaszcza w decydujących momentach życia. Przy chrzcie rodzice  w imieniu dziecka wyrażają wolę, by weszło ono na drogę świętości;  w przygotowaniu do bierzmowania młody człowiek zachęcony jest by sam, dobrowolnie, podjął trud uświęcania swojego życia. „Tak” wypowiadane przez małżonków w chwili zaślubin – to także uroczyste potwierdzenie pragnienia uświęcania siebie wzajemnie w małżeństwie i rodzinie. To ważne, uroczyste momenty – tam człowiek wyraża wobec Boga i Kościoła swoje pragnienie świętości. Ale te uroczyste momenty to chwile wyjątkowe. Świętość sprawdza się w codzienności, w tym, jak dobro jest obecne podczas śniadania w domu, w pracy, w szkole, w drodze i na drodze. Często wydaje nam się, że święci, których wspominamy i których nawet czcimy, to nie jacyś herosi, półbogowie. Nie! Święci to ludzie jak my. To, co nam pokazują, to że można w codzienności wybierać dobro. Wasz patron – święty Mikołaj – nie był aniołem, był człowiekiem, który też zmagał się z pytaniem o dobro w swoim życiu. Odpowiadał na to pytanie tak, jak mógł: swoim majątkiem wspierał ubogich i fundował posagi dla biednych panien. Wstawiał się za niesłusznie ukaranymi, a wybrany biskupem Miry troszczył się o głoszenie ewangelii i potrzebujących. Czy to było coś niezwykłego? Nie. Bo na tym właśnie polega świętość. Jak to przypomniał niedawno papież Franciszek podczas spotkania z młodzieżą: „Świętość nie oznacza robienia nadzwyczajnych rzeczy, ale jest robieniem tych zwyczajnych z miłością i wiarą”.

Gdzie są święci? – zapytał kiedyś ksiądz podczas szkolnych rekolekcji. Dzieciaki zaczęły pokazywać figury świętych w kościele. Dobra odpowiedź – powiedział ksiądz – ale niepełna. I powiedział dzieciom by każde z nich wskazało na siebie. To jest pełna odpowiedź na pytanie, gdzie są święci – zakończył.

Kiedy wspominamy dziś uroczyście świętego Mikołaja, kiedy wraz z całym Kościołem wpatrujemy się w Maryję Niepokalaną miejmy odwagę – jak owe dzieci – wskazać na siebie – to ja mam być święty i nieskazany przed Bogiem, to jest moje powołanie. Grzech w tym przeszkadza, ale nie uniemożliwia czynienia dobra, bo mimo tego Bóg pragnie mojej świętości i swoją łaską to pragnienie wspiera. Dlatego moja świętość to troska o rodzinę, czas dla dzieci, to sumienność w swoich obowiązkach, to dostrzeganie potrzebujących i przychodzenie im z pomocą w miarę swych możliwości.

Rozpocząłem od wspomnienia mikołajów chodzących po naszych sklepach i domach. Przy całej komercji przypominają to, od czego zaczął się kult świętego Mikołaja – przynoszą dobro innym. Czy to będzie prezent, czy pomocna doń czy dobre słowo lub po prostu czas – jeśli z miłością dasz go drugiemu – wtedy realizujesz świętość, wtedy sam stajesz się świętym. Niekoniecznie świętym Mikołajem, i nie tylko raz w roku.

 

 

Święty Mikołaju, racz być moim opiekunem i przewodnikiem do nieba. Wypraszaj mi światło i dar rady w wątpliwościach, siłę i męstwo w pokusach i przeciwnościach. Kieruj moimi krokami, ręce moje nakła­niaj ku dobrym uczynkom, a serce i wolę za­palaj do miłości Boga i bliźniego. Amen.

wygłoszone 8 grudnia 2013 roku w Sanktuarium św. Mikołaja w Pierśćcu

Uroczystość Narodzenia Jana Chrzciciela – Patrona Miasta

Jan Prodomos

Dzisiejsza uroczystość przenosi nas do domu Elżbiety i Zachariasza, do domu, w którym panuje radość z narodzin dziecka. Jan, którego nazywamy Chrzcicielem i którego narodzenie dziś świętujemy, był dzieckiem chcianym, upragnionym, wymodlonym. Jego rodzice modlili się o niego przez wiele długich lat. I kiedy coraz bardziej posuwali się w latach, a Bóg zdawał się nie słyszeć ich modlitw, to prawdopodobnie coraz bardziej, choć z bólem serca, przygotowywali się na ostateczne pogrzebanie swoich nadziei.
Jakże wielka, wprost nieopisana musiała być ich radość, gdy się okazało, że ich marzenie jednak się spełni. I nawet jeśli po ludzku rzecz biorąc, wydawało się to wszystko niemożliwe, nawet jeśli okoliczności narodzin tego dziecka owiane są tajemnicą i towarzyszą im różne dziwne wydarzenia, to jednak jego rodzice – tak samo jak wszyscy rodzice – zaczynają snuć plany, wyobrażają sobie przyszłe jego życie. Samo imię ich syna – Jan – wyraża tę wielką radość – „Bóg jest łaskawy”
Przede wszystkim jednak dziękują Bogu za to, że zostali rodzicami, że Bóg uwolnił ich od hańby bezdzietności, bo tak ją w tamtych czasach traktowano. Dzień narodzin Jana był dla nich dniem wyzwolenia. I wtedy – jak słyszeliśmy – pada pytanie, które w tej czy innej formie jest zadawane przy narodzinach: kimże będzie to dziecię? Możemy przypuszczać, że Zachariasz – dumny i szczęśliwy ojciec – wyobrażał sobie od razu, że Jan pójdzie kiedyś w jego ślady i tak jak on zostanie kapłanem, bo w tamtych czasach kapłanem zostawało się przez pochodzenie, przynależność do kapłańskiego rodu. Widział już Jana w świątyni, składającego Bogu ofiary przebłagalne za grzechy ludu. Jan byłby wtedy – tak jak jego ojciec – blisko Boga i cieszyłby się powszechnym szacunkiem i wysoką pozycją w społeczeństwie. Poza tym w Janie i jego potomstwie – według ówczesnych wyobrażeń – Zachariasz żyłby dalej, co dla ludzi tamtej szerokości geograficznej było niezmiernie ważne. Jan – męski potomek – stanowił przedłużenie rodu. Z całą pewnością rodzice Jana wiązali też z jego narodzinami całkiem przyziemne nadzieje, licząc po cichu na to, że ich syn zatroszczy się kiedyś o byt materialny swoich starych rodziców.
Rozumiemy zatem ogromną radość Elżbiety i Zachariasza z narodzin ich dziecka, które dziś w liturgii uroczyście wspominamy. Kościół zaś do dzisiaj w codziennej Liturgii Godzin, w jutrzni, powtarza pieśń dziękczynną Zachariasza, zaczynającą się od słów: “Błogosławiony Pan, Bóg Izraela”. Narodziny Jana były wielkim błogosławieństwem Boga dla jego rodziców i dla Kościoła.
Kimże będzie to dziecię? Wiemy, że plany tych szczęśliwych rodziców nie spełnią się. Jan zamiast kapłanem zostanie prorokiem. Nie będzie składać Bogu ofiar, lecz będzie głosić słowo Boże. Stanie się ostatnim z proroków, tym, który wskaże Baranka Bożego – Jezusa, Zbawiciela.
W tradycji zachodniego chrześcijaństwa nadajemy Janowi przydomek Chrzciciel, upamiętniając w ten sposób wydarzenie chrztu Jezusa i moment, w którym Jan ukazuje Go jako Mesjasza. Na Wschodzie Jan otrzymuje tytuł prodromos – biegnący przed. To pełniej ukazuje jego misję. Biegł on jako zwiastun nadejścia Pana. ale biegł także jako ten, który wierny misji proroków, przypomina Boże prawo.
Pytanie: kimże będzie to dziecię możemy dziś w XXI wieku zmienić na inne: Kim był Jan Chrzciciel? Jakim był jako poprzednik Jezusa i ostatni z proroków? Czy dziś ktoś taki jak Jan jest nam potrzebny? I jakim musiałby być człowiek, na miarę Jana Chrzciciela?
Jan, syn Zachariasza i Elżbiety to człowiek z czystą przeszłość, to znaczy czyste serce i czyste ręce, do tego stopnia, aby mógł otworzyć swoje życie przed ludźmi, nie bojąc się, że zostanie z niego wydobyte coś kompromitującego. To musi być człowiek o kryształowym sercu, o kryształowej przeszłości. A jest to tym trudniejsze, że ten człowiek wzrasta w społeczeństwie, które za chleb powszedni uznaje kompromis i różne formy współpracy ze złem. Stąd też, w tym momencie, kiedy się pojawia, budzi zdziwienie, że w ogóle w takiej sytuacji jest możliwe tak wspaniałe życie. Większość bowiem w takim społe¬czeństwie uważa, że zachowanie uczciwości jest niemożliwe.
Drugi rys – musi miłować prawdę i budować swoje życie wyłącznie w oparciu o prawdę. Jakiekolwiek kłamstwo, jakakol¬wiek próba gry, aktorstwa, politykowania jest zaprzeczeniem autorytetu moralnego. Dlaczego? Ponieważ, każde, nawet naj¬mniejsze kłamstwo niszczy zaufanie, a ono właśnie jest fun¬damentem autorytetu moralnego.
Następny rys charakterystyczny – to musi być człowiek o wielkich wymaganiach stawianych sobie i innym, z tym, że wymagania te muszą być realne i mądre. Nie ma mowy o żadnej odnowie moralnej bez wielkich wymagań. Każdy mądry człowiek winien to dostrzec. Jan Chrzciciel, kiedy się pojawił, prowadził niezwykle ascetyczne życie. Odziany w koc z sierści wielbłądziej, przepasany pasem, a do spożycia miał to, co daje pustynia. I mimo, że prowadził takie surowe życie, gromadzą się wokół niego tłumy słuchających ludzi i rzesze uczniów gotowych naśladować styl jego życia. Człowiek wielkich wymagań.
Bezinteresowność. Najmniejszy ślad interesowności, podej¬mowanie jakiejś akcji dla pieniędzy czy udowodnienia własnego zwycięstwa, przekreśla autorytet moralny. Człowiek, który po¬dejmuje służbę wielkim wartościom musi być całkowicie bezin¬teresowny. On płaci nie licząc na żaden zysk.
Kolejna cecha – musi umieć kochać każdego człowieka. Każdego: ojca i matkę, żonę i dziecko, mordercę i świętego, swojego odwiecznego wroga i swojego przyjaciela. Bo tylko wtedy, kiedy potrafi kochać, potrafi wzbudzić siłę twórczą i jednoczącą we wspólnocie, w której żyje. Jeśliby tej miłości zabrakło, zamiast jednoczyć będzie dzielił, a wtedy jego auto¬rytet moralny stopnieje bardzo szybko.
Ostatni element – odwaga. Nie wystarczy samo umiłowanie praw¬dy, ale człowiek o wielkim autorytecie moralnym musi umieć bronić sprawiedliwości i prawdy, nawet narażając siebie. Żyje bowiem dla wielkich wartości. Te wartości są dla niego ważniej¬sze aniżeli życie. Stąd też taki człowiek jest w swoim środowisku zawsze sumieniem. Przez niego Bóg przypomina podstawowe zasady życia. I to jest bodaj najtrudniejsza funkcja człowieka o wielkim autorytecie moralnym – być sumieniem, bez względu na konsekwencje, nawet takie, jak w wypadku Izajasza, Jana Chrzciciela czy samego Chrystusa.
Dziś Jan Chrzciciel staje przed nami jako wzór, bo dziś takich ludzi nam potrzeba. O czystej przeszłości, miłują-cych prawdę, mądrze odważnych, o wielkich, ale roztropnych wymaganiach, bezinteresownych, ludzi, którzy potrafią kochać każdego człowieka. Oto sześć zasadniczych wartości człowieka, który posiada autorytet moralny. Na takich ludziach dopiero można budować wspaniałą rodzinę, dobrą szkołę, wzorowy szpital, uczelnię, zakład pracy i porządek na ulicy. Moralnego zła nigdy nie da się przezwyciężyć siłą. Można je przezwyciężyć wyłącznie dobrem i miłością.
Dziś Jan Chrzciciel staje przed nami jako wzór dla nas, wzywa nas do umiłowania prawdy, bezinteresowności, wzywa do miłości każdego człowieka, do mądrej odwagi. Kto z nas nie chciałby posiadać tych cech? Uczmy się od Jana bycia dziś prorokami w naszych rodzinach, miejscach pracy, w zadaniach społecznych jakie pełnimy. Uczmy się, by jak on zasłużyć na miano prodromos – idących przed i prowadzących do Jezusa, jak to czynił patron naszego miasta. Bo o to chodzi w chrześcijaństwie – siebie i innych prowadzić do Jezusa.

wygłoszone 24 czerwca 2012 roku w kościele w Mysłowicach – Bończyku

Pin It on Pinterest